You are currently viewing Mercenaries 2 recenzja

Mercenaries 2 recenzja

Co z tego, skoro chyba nie warto…

Druga część przygód trójki najemników o imionach Mattias Nilsson, Jennifer Mui oraz Chris Jacoba przenosi nas do Wenezueli. Postać, w którą się wcielimy wybieramy już na samym początku. Niestety, większych różnic pomiędzy poszczególnymi bohaterami nie ma. Kobieta szybciej biega, a mężczyźni mają większość odporność na obrażenia. Oczywiście prócz tego cała trójka różni się od siebie wyglądem. To chyba najważniejsze – ale nie wiem, czy to dobra rekomendacja.

Tak jak wspomniałem nasza przygoda będzie toczyła się w Wenezueli. Nie ma różnicy jaką postać wybierzemy, bo i tak skazani jesteśmy na tę samą nudną fabułę. Zaczyna się sztampowo – w pierwszej misji wykonujemy zlecenie dla złego człowieka – Ramona Solano. Po wykonaniu roboty pragniemy odebrać nasze wynagrodzenie. Niestety zleceniodawca nie chce zapłacić, wystawia nas żołnierzom, a my musimy ratować się ucieczką. Na koniec zostajemy postrzeleni w prawy pośladek. Po wyleczeniu naszej, jakże krwawiącej i bolesnej rany zaczniemy się mścić na Solano. Wykonamy przy tym szereg misji dla opozycji robiąc przy tym niemałą rozwałkę w mieście. Zlecenia otrzymamy od pięciu zwalczających się grup, z których każda chce przejąć kontrolę nad źródłem ropy.

Warto tutaj wspomnieć, że praca dla jednej organizacji sprawia, że w oczach pozostałej czwórki jesteśmy gorzej postrzegani. Zaczynają do nas strzelać, a ich sklepy są dla nas zamknięte. To pomysł zaczerpnięty z GTA i GTA II. Najlepiej starać się utrzymywać dobre stosunki ze wszystkimi, czyli raz pracować tu innym zaś razem tam. Po przejściu wszystkich, dosyć do siebie podobnych, misji na końcu dorwiemy naszego ukochanego Ramona.

Sponsorem materiału jest SeoCentral pozycjonowanie stron www.

Zlecenia otrzymamy od mało ciekawych osób w mało ciekawy sposób. Jedziemy do jednego punktu, zamienimy kilka słów z daną postacią i tyle. Nie ma mowy o jakichś dłuższych, czy też bardziej finezyjnych pogawędkach. Po prostu twórcy wyszli z założenia, że lepiej działać niż gadać, i chyba właśnie dlatego napotkani przez nas zleceniodawcy zachowują się i mówią tak… melancholijnie. To chyba dobre słowo na oddanie relacji międzyludzkich panujących w Mercenaries 2.

Skoro nie fabuła, nie rozmowy, to wyruszamy tam, gdzie powinna znajdować się prawdziwa zabawa. Wyruszamy do miasta, bo właśnie tam spędzimy najwięcej czasu. Połacie przestrzeni są duże, poza tym otrzymamy bardzo bogaty asortyment, aby zmienić krajobraz nie do poznania. W Mercenaries 2 mamy możliwość prowadzenia takich pojazdów jak helikoptery, jeepy, samochody opancerzone i czołgi. Te ostatnie robią niesamowite wrażenie.

 Aby wejść w posiadanie ostatniego z wymienionych pojazdów trzeba go będzie zabrać wojskowym. Aby to zrobić, wystarczy podbiec do czołgu i wklepywać odpowiednio klawisze. Bardzo dobrze, że wprowadzono kilka rodzajów animacji przejmowania kontroli. Dzięki temu wygląda to mniej sztucznie, a poza tym nie nudzi. To zaleta gry.

Czym byłby Mercenaries 2 bez demolki? Odpowiedź jest prosta – niczym, gdyż to właśnie na ten aspekt producent położył największy nacisk. W tej grze praktycznie wszystko można zburzyć. Każdy budynek ulegnie pod naporem pocisków wystrzelonych przez czołg. Baraki, cysterny, zbiorniki z paliwem, helikoptery – to wszystko można zniszczyć.

Najlepsze jednak są wielkie elementy wtedy bowiem ekran staje się czerwony, a dookoła latają elementy zniszczonego budynku. To „daje radę”. Warto również wspomnieć, że w demolce mogą nam pomóc osoby trzecie – dostarcza je w każdej chwili zamówiony przez nas helikopter. Poza tym ta właśnie latająca maszyna może również przylecieć po nas samych, a także znalezione skrzynie pieniędzy, bomby, paliwo etc. Następnie będziemy mogli je wykorzystać w dowolnie wybranej chwili. Efekty zrzucenia bomby zobaczymy nawet z bardzo daleka – piękny grzybek robi wrażenie. Niestety, te wszystkie efekty specjalne uprościły całą resztę otoczenia, które przez to wygląda brzydko i schematycznie. Fakt, palmy uginają się pod helikopterem, woda też bardzo ładnie faluje, ale za to tła często doczytują nam się przed samym nosem. Postacie mają na sobie niewiele polygonów i wszystko wygląda bardzo, ale to bardzo sztucznie, wręcz obrzydliwe. Samochody, łodzie, helikoptery, czy też budynki rażą pikselozą.

Na koniec jeszcze dochodzi cała gama bugów. Znikające opony w krawężniku, jadące bez kierowców motocykle, przenikające pociski, źle uciekający ludzie, którzy po kradzieży ich samochodu chcą przez niego uciekać oraz wiele, wiele innych rzeczy. Niestety animacja też potrafi zwolnić. Ogólnie, grafika w grze to poziom trochę, ale naprawdę trochę wyższy niż ten znany z PlayStation 2. Warto jeszcze wspomnieć o tym, że każde wejście do jakiejś lokacji łączy się z dosyć długim i niepożądanym (szczególnie w konsolach nowej generacji) wczytywaniem.


Muzyka i odgłosy w grze również zaliczyć można do klasy średniej. Tego pierwszego elementu praktycznie nie ma w grze. Od czasu do czasu załączy się jakiś całkiem miły kawałek, ale na nic więcej liczyć nie możemy. Odgłosy już trzymają lepszą jakość, gdyż wybuchy, czy też wystrzały są realistyczne i, jeśli odpowiednio nagłośnione, potężne.

Na koniec warto również wspomnieć o naszych przeciwnikach, których poziom inteligencji równy jest zeru. Stoimy przed postacią może pół metra, a ona nie potrafi nawet w nas porządnie trafić – warto wspomnieć, że na ogół strzelają do nas żołnierze – nikt ich nie szkolił?

Warto? Według mnie nie, niestety, bo pierwsza cześć Merców była całkiem dobrą grą. Nie przekonuje mnie to, że można tutaj zdemolować wszystko. Taki jeden element to stanowczo za mało, aby uzyskać moją rekomendacje. Potrzeba czegoś więcej, aby otrzymać pozytywną ocenę. Jeśli zaś, drogi czytelniku, masz za dużo pieniędzy i grałeś już we wszystkie o wiele lepsze tytuły, to możesz kupić ten produkt, aby popatrzeć na niesamowite eksplozje. Niczego nowego tutaj bowiem nie uświadczysz.

Dodaj komentarz